Tajlandia i Malezja, kraje uśmiechem tętniące!

Tajlandia i Malezja, kraje uśmiechem tętniące!

Zbieg okoliczności sprawił, że pewnego dnia polecieliśmy w Podróż Marzeń do krainy uśmiechów, kolorów, zapachów i dźwięków. Tajlandia i Malezja to były miejsca, o których nawet baliśmy się śnić, dlatego tym bardziej cieszyliśmy się jak dzieci i nie do końca wierzyliśmy, że to wszystko dzieje się naprawdę. Dopiero gdy samolot wzbił się wysoko uwierzyliśmy, że ta bajka jest rzeczywistością. Tuż przed wylotem spełniło się nasze kolejne marzenie, okazało się, że będziemy rodzicami! Tak więc w tę egzotyczną wyprawę zabraliśmy również „pasażera na gapę”. Większość uważała, że postradaliśmy rozum lecąc tak daleko, a jak się dowiedzieli, że jeszcze z Maleńkim pasażerem w brzuchu to tylko patrzyli na nas z politowaniem. TAJLADNIA Pierwszym przystankiem był Bangkok „Wenecja Wschodu”. Od pierwszej chwili buchał kontrastami: piękne szklano-aluminiowe gmachy przeplatające się z blaszanymi chatkami bez okien. Miasto uderza chaosem, ogromem, hałasem a to wszystko przeplata się z kolorami, zapachami i dźwiękami. Od tego wszystkiego kręci się w głowie, człowiek chłonie wszystko całym ciałem, po chwili nasiąka tą atmosferą i czuje się jak ryba w wodzie. Na ulicy nie spotka się ponurego człowieka „ uśmiech towarzyszy wszystkim”, zarażamy się nim bezwiednie. Nawet po powrocie do Polski uśmiechamy się do wszystkich, jednak tu zamiast odwzajemnionego uśmiechu ludzie patrzą się na nas podejrzliwie i ze zdziwieniem.

Pierwszego dnia padliśmy ze zmęczenia - 12 godzin lotu, 6-cio godzinna zmiana czasu, to wszystko dało nam w kość, spaliśmy jak niemowlaki. Niestety niezbyt długo, bo już o 5 rano była pobudka i wyjazd na wycieczkę - Rzeka Kwai. Program był napięty: farma kokosowa, farma orchidei, kolej śmierci, przeprawa łodzią na targ wodny - niesamowite miejsce. Zapachy były tam tak różne i intensywne, że trudno było wytrzymać. Rzeka Kwai wygląda jak jeden wielki ściek, dla przeciętnego Europejczyka kąpiel w niej mogłaby grozić nawet śmiercią, ale Tajowie robią w niej wszystko. Zażywają kąpieli, piorą, myją naczynia, ale szczytem był widok małego chłopca, który mył sobie w tej rzece ząbki a obok niego kąpał się pies. Sami nie próbowaliśmy bo pewnie wrócilibyśmy już bez. Następnym etapem wyprawy była podróż do wioski słoni. To było niesamowite przeżycie i wielka frajda, czasem zapominaliśmy, że nie jesteśmy już dziećmi. Prawie godzinkę spędziliśmy na grzbiecie wspaniałego olbrzyma, który najpierw zabrał nas do dżungli (jedząc po drodze wszystko co wpadło mu w trąbę), potem przeprawił się z nami przez rzekę, gdzie nie omieszkał nas ochlapać. Następnie 2 słonie (mama + dziecko) przygotowały dla nas show. Tańczyły, podskakiwały, grały na harmonijce, przydeptywały ochotników (oczywiście skorzystaliśmy z tego ekstremalnego pokazu - bo mieć okazję być przydepniętym przez słonia a nie skorzystać? J) a na koniec robiły słodkie minki i prosiły o pieniążka. Gdy dostały banknot do trąby biegły do sklepiku i kupowały coś dla siebie: kiść bananów lub mleko witaminizowane. Następnie przynosiły swój zakup do ofiarodawcy i czekały aż ten je poczęstuje. To było naprawdę urocze! Nawet butelkę po mleku wyrzucały do kosza. Były tak dobrze wytresowane i miłe, że potrafiły oskubać ze wszystkich drobniejszych pieniędzy i w ten sposób bardzo schudł nam portfel.

Trudno było nam się z nimi rozstać, ale zbliżał się wieczór, a my zapakowaliśmy się do łodzi i popłynęliśmy do hotelu na wodzie. Domki tego hotelu położone są na tratwach, a dotrzeć do niego można rzeką - poprzez dżunglę jest to dość trudne i czasochłonne. To hotel bez prądu, ciepłej wody i wszelakich innych dóbr szczególnie przydatnych w takim gorącym kraju (choćby klimatyzacja, wiatrak lub lodówka). W miejscu tym zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia. Urocze słomiano-bambusowe domki, lampy naftowe, wszędzie hamaki i mnóstwo zieleni. Kolacja na bujającej się tratwie, przy lampie smakuje inaczej - lepiej. Wieczór spędzony w hamaku, fale rzeki uderzające o domki, cisza, spokój - to wszystko sprawiało, że czuliśmy się przeniesieni w czasie. Jedynie noc była..... powiedzmy duszna, żeby nie powiedzieć za duszna. Wilgotność powietrza po 24:00 przekroczyła dziesięciokrotnie wszelkie dopuszczalne normy europejskie, ale cóż tu była Azja... Następnego dnia zwiedziliśmy cudowny wodospad, słynny most na rzece Kwai, muzeum budowy kolei śmierci. Potem mieliśmy okazję podziwiać Ogród Różany, w którym był pokaz tresury słoni oraz pokaz zwyczajów Tajskich.

Kolejnym etapem była Pattaya - miasto nad brzegiem pięknego turkusowego morza. Ale o leżeniu na plaży nie było mowy - w końcu poleżeć na piasku możemy sobie w Kołobrzegu, a tam chcieliśmy chłonąć wszystko co się tylko da. Od pierwszego dnia zabraliśmy się do zwiedzania, a mieliśmy 3 dni. Na pierwszy ogień poszły krokodyle, tygrysy, małpy, drzewka bonsai - oczywiście ze wszystkim wyżej wymienionym zrobiliśmy sobie zdjęcia. Wszystko było jak najbardziej żywe, więc dwa pierwsze bliskie spotkania były dość ryzykowne i tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Potem była szlifiernia kamieni szlachetnych, gdzie nie było drogo, tylko koszmarnie drogo, a na m2 przypadało 5 Rosjan. Kolejny dzień spędziliśmy w świątyni przy delfinarium, gdzie niby był pokaz, a „niby” to dlatego, że raz delfin wyskoczył z wody, opluł nas i się skończyło - więc to był „niby” pokaz. Potem znów dreszczyk emocji, spotkanie oko w oko z niedźwiedziem, lampartem, duetem małp oraz karmienie krokodyli. Odpoczynek - o ile można to tak nazwać bieganie po gigantycznych ogrodach, gdzie roślinność zapiera dech w piersiach. Ostatni dzień spędziliśmy na wyspie - taką wodę i taki piasek widzieliśmy tylko na filmach. Sączyliśmy kokosa i „opalaliśmy” się w cieniu. Wieczór spędziliśmy na show transwestytów, aż trudno uwierzyć, że oni byli facetami!

MALEZJA
Ledwo skończyła się noc a nas czekała już kolejna przygoda - Malezja. Już samo lotnisko przyprawiało o zawrót głowy - luksus jak w 5-cio gwiazdkowym hotelu all inclusive. Malezja to głównie bajeczne i luksusowe hotele oraz dzika, bezkresna i piękna dżungla. Przez kilka dni pokonaliśmy setki kilometrów i zobaczyliśmy jej najciekawsze i najpiękniejsze miejsca. Pola herbaty ciągnęły się w nieskończoność, pałace i meczety ociekają złotem i otaczały nas ze wszystkich stron, a wszystko to zatopione w dzikiej dżungli gdzie przeciętna chatka to zlepek z bambusów, bez prądu, wody, ale za to z klimatyzowanym autem dobrej marki na podwórku. Kiedy u nas w Polsce zawiewało śniegiem, my leżeliśmy na tarasie z widokiem na dżungle zajadając świeże truskawki. Malezja otacza pięknem zieleni, dobrocią i życzliwością ludzi oraz uśmiechem. Mówiąc o Malezji nie sposób pominąć wspaniałego jedzenia, pysznej herbaty oraz hoteli, które wybijają się przepychem a łoże małżeńskie ma około 2 metry szerokości. Podczas podróży po tym zielonym kraju mogliśmy zobaczyć plantację herbaty z bliska, życie plemion górskich, fascynującą farmę motyli, na której motyle mieniły się wszystkimi kolorami tęczy, wspaniałe ogrody i parki, meczety i pałace oraz bazary, których wszędzie było pełno, a targowanie się to podstawa. Z Malezji do Bangkoku jechaliśmy pociągiem a czuliśmy się jak w I klasie. Wielkie łóżka, czysta, bielutka pościel, śniadanie podane, łóżko posłane... żyć nie umierać. Podróż trwała 20 godzin, ale ze względu na wygodę nie odczuliśmy tego. I tu niestety już zbliżamy się do finału naszej podróży, ostatnie dni w Bangkoku. Jednak wykorzystaliśmy je na zwiedzanie miasta, zakupy i wizyty w najciekawszych miejscach. Odlatywaliśmy z wielkim żalem, ale i z radością, że dane nam było zobaczyć to wszystko. Po powrocie do Polski tydzień odpoczywaliśmy, walczyliśmy ze zmianą czasu oraz godziliśmy się z nagłym oziębieniem. Po tygodniu przeszło nam również uśmiechanie się do wszystkich na ulicy, gdyż zdziwieni, zagonieni ludzie patrzy się na nas jakoś dziwnie podejrzliwie....

 

Dodano: 2013-03-27 - Autor: Sylwia Martysiak - Kategoria: Relacje klientów

Komentarze

Infolinia
801 000 515

Dla tel. komórkowych
733 730 70042 632 04 64

Obsługa klienta

poniedziałek - piątek: 9:00 - 21:00

sobota: 10:00 - 20:00

niedziela: 12:00 - 20:00

Content